Władza kapitału nad społeczeństwem jest możliwa dzięki zniewoleniu umysłu człowieka. Kulturowe zniewolenie to droga do poddaństwa. Wyzwolenie umysłu i poznawanie tej drogi to  warunek zrozumienia idei Bezwarunkowego Dochodu Podstawowego BDP.

– 0 –

Na początku było nie tylko biblijne słowo, lecz i pierwotna komuna wydobyta z cienia dziejów przez materializm historyczny. Tak się zaczęła nasza wędrówka ludów. Walka o przetrwanie i rozwój rozpoczęła się zbieraniem i polowaniem, przechodząc przez wytwarzanie i wymianę aż do czasów, gdy zapanował kapitalistyczny sposób produkcji materialnej i opartej na niej reprodukcji społecznej. Rozwój cywilizacyjny ugrzązł wówczas na ruchomych piaskach.

W miarę, jak kapitalizm się rozwija od XIX w. ogarnia nas wszystkich, w każdym pokoleniu dotkliwe poczucie braku bezpieczeństwa społecznego i materialnego. Paradoks kryzysu nadprodukcji w dobie masowego popytu rynkowego, przy jednoczesnym kryzysie subkonsumpcji, przerasta rozum obarczonego walką o egzystencję człowieka.  Próba zbudowania przez kapitalistyczne państwo spójności społecznej wokół dostępu do rynkowej konsumpcji stanowi o nowym paradygmacie psychologii społecznej. Jestem obywatelem dopiero, gdy kupuję, choć „zwykłym zjadaczom chleba” żyjącym z dochodów pracy konsumpcja nie przysparza ani specjalnych praw, ani żadnego bogactwa. Wręcz przeciwnie. Heglowska determinacja rynkowa praw obywatelskich pozostaje w mocy[1].

Wykluczenie społeczne jest funkcją tendencji koncentracji dochodów. Żyje się z dnia na dzień, a większość ledwo wiąże koniec z końcem, podczas gdy większość tych, którym wydaje się, że lepiej im się powodzi krępują sobie życie na lata harując za ekwiwalent jednej trzeciej wartości własnej pracy, by spłacać kredyty konsumpcyjne lub hipoteczne, którymi bankierzy uszczuplają jeszcze bardziej tak zdeprecjonowane płace. Maszyna transferu dochodów od pracowników najemnych do posiadaczy kapitału działa bezawaryjnie.
Filozofia życia według rynkowych reguł nie jest przypadkowym wierzeniem kapitalistycznym. Zachwianie się rynku to zachwianie się wiary ludzi w siebie i, co gorsza, w system, który jest źródłem bogactwa i władzy dla kapitalistów, a który w  swojej przygniatającej ekspansji przekracza granice geograficzne centrów „systemu-świata” (jak określa je Immanuel Wallerstein). Klasyczny układ ekonomicznego podporządkowania „centrum-peryferie” budowany w relacji kolonialnej Północ-Południe (R. Prebisch)[2] ludzie kapitału – raz obumarłe wyzwanie tzw. „realnego socjalizmu” po runięciu muru berlińskiego – przenieśli teraz do relacji Północ-Północ. UE, która miała być nowym oświeceniem cywilizacyjnym, czołga się w kryzysach, z których bogaci wychodzą jeszcze bogatsi, a biedni jeszcze biedniejsi, przy czym krąg tych drugich się rozszerza zarówno w krajach centralnych, jak i na peryferiach. Mimo to wiara w kapitalizm zwycięża nad rozumem. Tak skutecznie wydrążyła umysły indoktrynacja ideologów systemu oraz dyscyplina wymuszona przez konkurencyjną walkę ludzi o „dobrze” płatną pracę w warunkach jej systemowego niedoboru. Propagandowa maszyna mediów systemu utwierdza jednostkę w kulturowej tożsamości z władzą kapitału.

Wydawałoby się, że młodzi ludzie są stworzeni do przyswajania credo poznawczego A. Einsteina,  wątp we wszystko, zdobądź wiedzę, rozwiń krytyczne myślenie. „Wyobraźnia i intuicja pobudzają krytyczne myślenie o danym problemie w sposób, w który zdobywanie wiedzy o nim nie ulega wyższym racjom”[3].

Tymczasem młode umysły żyją w nieuświadomionym przekonaniu, które żywili już pionierzy ekonomii, jakimi byli fizjokraci, że kapitalizm to „naturalny porządek rzeczy”, taki, w którym wolno być posiadaczem i wolno być poddanym. To niemalże religijne wierzenie rządzi do dzisiaj kulturą życia rozumianego według hegemonii kapitału. Wystarczyło dorobić do zniewalających stosunków prywatnej własności kapitału ideologię liberalizmu o wolności gospodarczej i wolności jednostki, aby bezwzględnie podporządkować kapitałowi pracę tworzącą tenże kapitał. Miliony robotników i pracowników na przestrzeni wieków zepchnięto pod przymusem pracy najemnej do roli współczesnych niewolników w wierze, iż to droga do bogactwa bez wiedzy, że to (neo)liberalna droga do poddaństwa. Przejście do statusu siły najemnej było wprawdzie krokiem ku postępowi w porównaniu z haniebnym dla pracującego i ekonomicznie niewydolnym z perspektywy rodzącej się burżuazji feudalizmem. Jednakże droga do wolności i bogactwa, niczym wiecznie oddalający się horyzont morski, wydłuża się beznadziejnie w procesie nieprzezwyciężalnych antagonizmów ekonomicznych i społecznych nowego sposobu produkcji i podziału.

Przebrnijmy, zatem przez las, aby dostrzec zasłonięte w nim drzewa

Pieniądz i dochód, dwie strony tej samej monety, władają gospodarką, umysłami i zachowaniami. Jak to możliwe? Kapitalistyczny ustrój gospodarczy urósł dzięki wymianie towarowej. Złotym środkiem, wpierw dosłownie a dalej przenośnie, tej wymiany stał się pieniądz. Merkantyliści niczym alchemicy zamienili szybko pieniądz ze środka wymiany w towar sam w sobie i dla siebie.  Przypomnijmy, więc jaka to formuła alchemików spowodowała, że pieniądz mógł się przemienić w kapitał.

Jest to wiedza politycznie niepoprawna,  bowiem w polskich ośrodkach akademickich, naukowych i w szkołach zdołało zapanować wykształcenie klasowe niemalże jak za czasów średniowiecza, kiedy niewygodne wytłumaczenie rzeczywistości i oświeceni nauczyciele stały się programowym przedmiotem cenzury i ostracyzmu.

O ile po erze wymiany barterowej T-T typowej dla pierwotnej komuny zapanowała niezadowalająca formuła wymiany towarowej T-P-T’, to jest zamiana wartości użytkowej danych towarów za pośrednictwem pieniądza, gdzie po prostu posiadający nadwyżkę towaru (T), zamieniają towary za pieniądz (P), aby potem za te pieniądze kupować sobie inne potrzebne im towary (T’), o tyle alchemia pokazała, że prawdziwe eldorado to dalsze rozwinięcie tego ciągu wymiany. Formułą na wagę złota było P-T-P’. Otrzymane pieniądze (P) ze sprzedaży towaru (T) w rzeczywistości to wrota do zwielokrotnienia sumy pieniędzy (P’), bowiem tu wchodziła w grę nie tyle wartość użytkowa towaru (sprzedać, aby kupować), ile jego wartość wymienna (kupować, aby sprzedać). Sprzedajemy na rynku towary za najwyższą możliwie cenę, by otrzymać zwiększoną ilość pieniędzy (P’). Rodzi się dodatkowa wartość pieniężna w  postaci kapitału. O ile materializm historyczny pokazuje nam ideologiczną naturę alchemii, o tyle ekonomia polityczna wedle materialistycznej dialektyki wtajemniczy nas w jej syntetyczną reakcję[4].

Kapitał jest wynikiem procesu produkcji, nie przyczyną, bowiem nie wytwarza per se nowej wartości. Wbrew spekulacjom tzw. klasycznej myśli ekonomicznej – od A. Smitha do dzisiaj – wartość produktu nie wynika z wartości kapitału trwałego (jako pracy uprzedmiotowionej w rzeczy) zainwestowanego w produkcję przez kapitalistę, lecz rodzi się nieodmiennie jako wkład żywej pracy robotnika/pracownika.

Do probówki, za jaką uważają fabrykę/przedsiębiorstwo i gdzie trzymają rozpuszczalnik w postaci pracowników, alchemicy dodają trochę kapitału i wydzielają się opary zysku. Zaczynem zysku jest wartość dodatkowa pracy. Pracownik wytwarza wartość produktu, która wystarcza dla prostej reprodukcji swojej siły roboczej, ale nie zatrzyma produkcji w tym miejscu, lecz dalej popracuje przez kilka godzin dnia roboczego i wytwarza wartość ponad tę początkową. Przepoczwarzanie wartości dodatkowej wytwarzanej przez pracownika w zysk kapitalisty jest momentem szczytowym alchemii.  Pracownik dostaje za swoją pracę płacę do odtworzenia swojej siły roboczej na poziomie biologicznym lub zaledwie minimum egzystencji, a resztę wartości pracy stanowi własność właścicieli kapitału. Fenomen, który widzą alchemicy cierpiący na polityczną zaćmę to rozmnażanie pieniądza w merkantylnym obiegu towaru w wyniku sprzedaży rzeczy. Odkrywają, że to nie pieniężno-centryczny, lecz towarowo-centryczny ruch. Eureka! To pieniądz się kręci. Odtąd będzie się kręcił zgodnie z wewnętrzną logiką reprodukcji kapitału.

Kapitał można zainwestować w rozszerzanie produkcji (więcej pracy uprzedmiotowionej – tj. kapitału trwałego lub więcej pracy żywej – tj. kapitału zmiennego), a towarów, jak i zwielokrotnionego pieniądza z tytułu ich sprzedaży po możliwie najwyżej cenie krańcowej, przybędzie. Pracownik dostaje ułamek tego dochodu w postaci płacy niezbędnej, odpowiadającej według kalkulacji kapitalisty odtworzeniu siły roboczej. To płaca minimalna, która nie ma na względzie rozszerzonej reprodukcji społecznej człowieka. W Polsce to płaca wynosząca średnio ok. 1/3 wartości wytwarzanej przez pracownika[5]. Reszta to praca pracownika, której wartości idzie w poczet dochodu kapitalisty. Z ośmiu godzin pracujemy ok. 3 dla siebie, a 5 godzin to czas pracy tworzącej wartość dodatkową dla kapitalisty.  W wywalczonym krwią przez klasę pracowniczą ośmiogodzinnym dniu pracy tyle jeszcze wyzysku. Dociekliwemu rozumowi nie umyka konstatacja, że towar (T) to społeczny produkt pracy, który w wyniku stosunku uczestników procesu produkcji do własności kapitału pozostaje we władaniu kapitalistów, nie pracowników. Stąd różnica pomiędzy P a P’, czyli nieodmiennie dochód kapitalisty.

Jak widzimy, zdefiniowanie zysku dla tzw. klasycznej kapitalistycznej ekonomii politycznej wyklucza istnienie pojęcia wartości dodatkowej pracy[6] jako prawdy obiektywnej, tj. faktu istniejącego niezależnie od naszego sądu o nim.  Kapitalistyczny osąd przekonuje, że zysk to gratyfikacja rynku dla wartości wymiennej towaru stanowiącego własność kapitalisty. W kapitalistycznych stosunkach własności i produkcji to wartość wymienna towaru jest źródłem pieniężnego wymiaru kapitału. Maksymalizacja zysku nie jest dla kapitalistów wymiarem eksploatacji społecznej pracy (wytwarzającej produkt) i wyzysku siły roboczej. Koncentracja dochodów i akumulacja poprzez wywłaszczenie wartości pracy odpowiada logice reprodukcji prywatnego kapitału. Dlatego każde sięgnięcie przez pracowników chociażby po część wartości dodatkowej pracy – domaganie się podwyżki płac – jest deklaracją wojny z kapitalistą. Tu koło się nie zamyka.

Dzięki dalszej alchemii okazuje się, że pieniądz można zamienić w kapitał finansowy, który rozmnaża się magicznie w całkowitym oderwaniu od produkcji towarowej. Staje się kapitałem wirtualnym. Do masy pieniędzy w obiegu na świecie, dzisiaj rzędu 3 bilionów dolarów dziennie, która w skali rocznej ma zaledwie 10% pokrycia w towarach[7], sumuje się rosnący globalny dług (wzrost o 286% w 2014 r.)[8], będący trzy razy większy niż światowy PKB[9]. Nietrudno dostrzec, iż z relacji P-T-P’ właściwie znika T. W przemianie ustroju gospodarczego, według prawideł rynków finansowych, kapitał wirtualny nabiera wszechstronnej władzy nad gospodarkami, państwami i społeczeństwami. Dochody w gospodarce – gospodarstw domowych, przedsiębiorstw, jak i państwa – nie wystarczają, odpowiednio, na inwestycje w dobra trwałego użytku, środki produkcji i usługi publiczne. Źródłem dostarczania tych środków stał się kapitał pożyczkowy banków prywatnych. Bankowość społeczna (kooperatywna, non profit, etc) bez siły przebicia w liberalnym rynkowym ustroju szybko stała się marginesem. Zadłużamy się, więc wszyscy u prywatnych bankierów (zagranicznych lub krajowych), którzy nabrali instytucjonalnej mocy rozmnażania pustego pieniądza praktycznie z niczego i sprytu pożyczania go na odsetki. Mit bankowości opartej na depozytach klientów stracił wszelką wiarygodność.

W ekonomii pieniądza, która rządzi kapitalistycznym ustrojem gospodarczym wirtualny pieniądz powstaje jako dług. Kapitaliści posiadacze kapitału bankowego pożyczają pusty pieniądz i otrzymują z powrotem realny pieniądz – pochodzący z płac pracowników – w postaci odsetek wymuszanych na pożyczkobiorcach, bowiem nie ma opcji w panującym systemie bankowym.

Ostatecznym źródłem alchemii przemiany wirtualnego pieniądza w realny pozostaje wartość pracy, z której pochodzą dochody w postaci odsetków, zysków i podatków. Kapitaliści kumulują i koncentrują przepoczwarzoną w kapitał wartość pracy wedle tego, co im się najbardziej opłaca. Motywacja sklepikarza/rzeźnika A. Smitha pozostaje taka sama dwieście lat później: „liczy się mój i rodziny interes, a że przy okazji moja praca może zaspokoić czyjąś potrzebę, to uboczny efekt społeczny”[10]. Oszczędzają lub inwestują, zatem kapitał obecnie w postaci na ogół elektronicznego pieniądza. Konsumują coraz więcej luksusowych dóbr i inwestują coraz więcej w papiery dłużne i coraz częściej przy tzw. lewarowaniu, tj. użyciu dźwigni finansowych: pożyczania w bankach przy niskiej stopie procentowej, bliskiej zera obecnie w prawie całej EU, aby zainwestować w rynki finansowe. Oszczędza się, aby inwestować tylko tam, gdzie można zapewnić oczekiwaną stopę zwrotu kapitału dla posiadaczy/akcjonariuszy. Inwestycje rozwojowe, produkcja i zatrudnienie podporządkowują się temu celowi. Przedsiębiorstwa w strefie euro trzymają 2 bln euro w depozytach (2015 r.)[11]. Powstrzymują się przed inwestycjami w ekonomię realną dopóty, dopóki inwestowanie nie będzie dla nich opłacalne. To nie zachowanie naturalne prywatnych przedsiębiorstw „usprawiedliwione” przez teorię racjonalnych oczekiwań kapitalistycznej ekonomii politycznej, lecz gra na zapewnienie warunków maksymalizacji zysku poprzez wykorzystanie koniunktury stworzonej przez wydatki publiczne[12]. Wydatki publiczne są grzechem póki dotyczą rozwoju społecznego. Gdy zaś państwo inwestuje je w tzw. partnerstwo produkcyjne „publiczno-prywatne” kapitaliści zacierają sobie ręce. Polscy przedsiębiorcy trzymają na rachunkach bankowych ok. 300 mld zł[13]. Jest to kwota równa całej zaplanowanej dla Polski  do 2020 roku pomocy UE[14]. Czekają aż państwo uruchomi koniunkturę – w swoich j teoretycznych znużeniach nazywają to „racjonalne oczekiwania” – kosztem deficytu budżetowego, aby zyskać na gwarantowanych obligacjach skarbu państwa lub na obarczonych mniejszym rynkowym ryzykiem inwestycjach produkcyjnych. Maksymalizacja zysków jest celem dla kapitalistów, który przeczy wszelkiej społecznej funkcji gospodarki.

Instytucja Banku Centralnego, w założeniu mająca spełnić funkcję publiczną, działa w interesie banków prywatnych i wielkiego kapitału przemysłowo-finansowego, a nie gospodarki i społeczeństwa. Wynalazek polityki tzw. „poluzowania ilościowego”, gdzie banki centralne wpompowują w bankrutujące banki prywatne pieniądz fikcyjny, by te banki dalej pogrążały gospodarki i społeczeństwa w spiralach zadłużenia, pozostaje uporczywym przykładem sposobu na trwający od 2008 r. kryzys ekonomiczno-finansowy w USA i UE (nie mówiąc o Japonii).  Korupcyjny charakter procederu kapitału finansowego jest wspierany przez tzw. agencje ratingowe manipulujące „racjonalnymi oczekiwaniami” wielkich graczy rynku finansowego. Gra świetnie się miała póki bańka rosła. „Produkty” hipoteczne finansowe pochodne – tworzenie opcji kupna na rynku finansowym nisko oprocentowanych kredytów hipotecznych świadomie udzielonych przez banki osobom niewypłacalnym -, którymi banki obracały tworząc bańkę spekulacyjną nieruchomości na rynku mieszkaniowym doprowadzającą do kryzysu finansowego i ekonomicznego były sklasyfikowane przez te agencje jako A i A+, czyli pełne bezpieczeństwo „inwestycyjne”. Dzięki takiej ocenie ryzyka inwestycyjnego tysiące Amerykanów zubożałej tzw. klasy średniej i biedni ludzie stracili mieszkania.

Ruletka jest nieustanna. W kryzysie finansowym meksykańskim z przełomu 1994/95 r. – analizuję ten kryzys w swoim ówczesnym artykule dla czasopisma specjalistycznego „Życie Gospodarcze”[15] – jeszcze na kilka dni przed wybuchem kryzysu o zasięgu światowym  („efekt tequila”) wielki bank inwestycyjny J.P. Morgan oświadczył, iż nic nie grodzi rynkowi finansowemu, a w Meksyku można śmiało inwestować. Niemoralność kapitalistycznych aktorów nie ma granic, gdy chodzi o stawkę zysku. To wszystko powtórka z praktyki, od kiedy w 1913 r. kapitaliści zadecydowali o powstaniu systemu banków centralnych mających rozporządzać kreacją i spekulacyjnym obiegiem pieniądza. Wielki krach finansowy z 1929 r. w USA zawdzięcza temu systemowi swój dewastacyjny wybuch.

Błogosławieni Ci, którzy wejdą w posiadanie władzy nad pieniądzem i akumulacją kapitału, to autentyczne wniebowstąpienie. Tylko własność prywatna może zapewnić wyłączność na metaformozę pieniądza. Porządki konstytucyjne wszystkich modeli kapitalizmu nie wahały się, by jak jeden mąż kanonizować własność prywatną kapitału i ogłosić ją świętą (w polskiej Konstytucji to Art. 20). Państwo stoi więc na straży systemu wykluczającej własności prywatnej kapitału, dominacji prywatnych stosunków produkcji ustroju kapitalistycznego. Od wczesnych lat XIX w. do dzisiaj przywilej własności prywatnej kapitału przypada 1%-10% populacji. Prawem do udziału w kapitale cieszy się w Polsce ok. 900 tys. podatników (2014 r.), czyli nie więcej niż 4% ogółu[16].

„W dzisiejszym społeczeństwie własność prywatna jest zniesiona dla dziewięćdziesięciu dziewięciu, czy dziewięćdziesięciu procent jego członków. Istnieje ona właśnie dzięki temu, że nie istnieje dla tej reszty” – niezbicie dowodzi Marx. To własność, której niezbędnym warunkiem jest brak własności dla olbrzymiej większości społeczeństwa[17]. Reszta społeczeństwa to niezbędna siła robocza, która swoją pracą ma pomnażać kapitał poprzez wypracowanie wartości dodatkowej. Wartość ta, ucieleśniona w towarze i zawłaszczona przez posiadaczy kapitału, zbywa się na rynku za możliwie najwyższą wartość wymienną (cenę rynkową). Pieniądz zaś uzyskał niezależność, przekształcony w towar nabrał samoistnego bytu. Władza nad pieniądzem to władza nad społeczeństwem i państwem. Tym samym rozwinięta gospodarka kapitalistyczna przestała się rządzić produkcją i zatrudnieniem, a zaczęła się rządzić wirtualnym kapitałem, dzięki tworzeniu pieniądza „na wiarę” (pieniądza FIAT – „niech tak będzie” wola bankierów i rządów), który od pierwszych lat XX w. został wykreowany na dobre przez duszący nas wszystkich długiem system finansowy (banków centralnych i komercyjnych).

To wszystko sprawia, iż kapitalizm i wszyscy w niego uwikłani owczym pędem podążają przed siebie donikąd. Wyścig trwa, jakby chwila była nieskończona. Doczesność decyduje, nie szkodzi, że w walce o chleb na dzisiaj głód powróci jutro. Oszczędzanie pieniędzy to iluzja najemnego pracownika, kreowana przez system bankowy. Dochody pochodzące z pracy się ulatniają, czy to w bankach, czy w obiegu za sprawą obciążeń finansowych (odsetek, prowizji, itp.), procesów inflacyjnych czy obniżania płac. Około 80% użytkowników systemu bankowo-finansowego pracuje dla akumulacji 10% beneficjentów systemu[18]. W polskich warunkach, można przyjąć, iż próg miliona złotych to dopiero poziom, przy którym pieniądz w depozytach zaczyna pracować jako kapitał na siebie. To, co 80% klientów banków prywatnych przegra, zgodnie z regułami gry systemu finansowego, stanowi dochód dla 10% najbardziej majętnych klientów systemu bankowego[19].

Tymczasem wiara w kapitalistyczną drogę do bogactwa trwa. Dla przeciętnego umysłu miara czasu astronomicznego, w którym wygasza własne istnienie nie pozwala na uświadomienie sobie jednostki czasu historycznego. Odkąd dialektyka materialnej reprodukcji człowieka stawiała na pracę dla zysku, kapitalizm to zaledwie 200-letni moment, a śmiertelnikom wydaje się, że to wieczny, trwający od zawsze „naturalny porządek rzeczy”. W tym momencie historycznym produkt krajowy brutto (PKB), kapitalistyczna miara bogactwa narodów, stał się wymiarem nie potrzeb społecznych, lecz ekonomii pieniądza. Na nic triumfalne obwieszczenie ideologów kapitalizmu o końcu historii z runięciem muru berlińskiego[20]. Wbrew euforii wszystkich ludzi kapitału, życia po kapitalizmie rzeczywiście może nie być. Albowiem fizyczny antagonizm pomiędzy wzrostem a rozwojem mierzy w zagładę planety, a społeczny antagonizm pomiędzy kapitałem a pracą w zagładę człowieka. To porządek polityczny ubrany w szaty tzw. demokracji liberalnej. W rzeczywistości trwa prehistoria cywilizacji pod rozpoznawczym znakiem kapitalizmu.

Widok kapitalistycznego lasu nie zdoła jednakże zasłonić nam istot społecznych, które niczym przygniecione drzewa leżą w nim.  W ustroju gospodarczym rządzonym przez pieniądz dochody z pracy (pieniądz w postaci płacy) nie zapewniają większości minimum egzystencji (ME), a dochody z kapitału (pieniądz w postaci zysku) wzbogacają nielicznych. Dlaczego udział dochodów z pracy w PKB, zmniejsza się na świecie nieodmiennie na przestrzeni wieków na rzecz dochodów z kapitału? W Polsce ten udział spadł od 1997 do 2014 r. o ok. 11 punktów procentowych[21] ( Rysunek nr 1); a na zielonej wyspie polskich liberałów pod koniec 2014 r. uplasował się na poziomie ok. 40% PKB przy unijnej średniej 57%[22]. Dlaczego znikoma mniejszość żyje z dochodu kapitału, a znakomita większość z dochodu pracy?

Dlaczego jednak większość żyje sobie w przeświadczeniu, że są wolnymi ludźmi, gdy tymczasem praca, obwieszczona działaniem życiodajnym, staje się zniewoleniem? J. W. von Goethe uprzytamnia nam, że „nikt nie jest tak bardzo zniewolony jak ktoś, kto czuje się wolnym, podczas gdy w rzeczywistości nim nie jest”[23]. To przestroga. Większości trudno uznać, że jest niemającą wyboru w kapitalizmie masą na usługach posiadaczy kapitału, pracującą pod pręgierzem najemnych zarządców tzw. „klasy menedżerskiej”. To realia subkultury korporatywizmu prywatnej własności i stosunków produkcji kapitalizmu. W średnich i małych przedsiębiorstwach prywatnych stosunki społeczne i ekonomiczne nabierają na ogół wymiaru niemalże pańszczyźnianego[24]. Rzeczywistość jest nieubłagana. Kapitalistyczny ustrój własności i jego sposób produkcji dzielą społeczeństwo na klasy o antagonistycznych interesach. O ile filozofowie i twórcy klasycznej ekonomii kapitalizmu – od T. Hobessa do A. Smitha – zdołali dostrzec ten fakt, to dopiero K. Marks widzi i dowodzi na gruncie materialistycznej ekonomii politycznej antagonizm tych sprzeczności klasowych. To przeciwieństwa, których dialektyczna jedność  jak  w rozbiciu atomu zostaje zburzona walką toczącą się pomiędzy cząstkami o rozbieżnych ładunkach. Walka klas, w imię nie do pogodzenia partykularnych interesów klasowych, to nieunikniona konsekwencja kapitalistycznych stosunków ustrojowych. O ile jest ona motorem rozwoju sił wytwórczych, o tyle definiuje kres kapitalizmu. Zła nowina niesie niepokój.

W liberalnej demokracji kapitalizmu wolności być nie może, gdyż jest to oportunistyczna konstrukcja ekonomiczna świata wedle dominacji kapitału i pieniądza nad ludźmi. Każdy strajk, czy protest pracowników/robotników w odwiecznej walce o lepszą płacę, czy lepsze warunki pracy jest jednoznacznym tego dowodem. Wolność to psychospołeczna iluzja, by znosić bez nadmiernego wstydu, czy krytycyzmu wobec siebie podskórne poczucie poddaństwa, w którym godziliśmy się żyć. Piramida rozwarstwienia dochodowego „polskiego” kapitalizmu, którą przedstawiam w swoim Studium o BDP jest wymownym tego wyrazem. Potrzeba jej spłaszczenia pozostaje wymogiem nie tylko racjonalności ekonomicznej, lecz i zdrowia kondycji społecznej. Wyzdrowienie nie uda się bez zrównoważenia strumieni dochodów w ustroju gospodarczym. Jest to działanie polityczne – podkreślmy – mierzące w demokratyzację kapitału.

BDP: od pomocy socjalnej do emancypacji społecznej

Podział dochodów, zatem nie sprowadza się do sfery wtórnej redystrybucji PKB, jak usilnie stara się zredukować problem ekonomia polityczna według ideologów kapitalizmu. Istotny podział dochodów ma miejsce na poziomie wytwarzania wartości dodatkowej przez pracę.  To stwierdzenie ekonomiczne, niewygodne dla liberalizmu wszelkiego autoramentu, leży u podstaw koncepcji egalitarnego spłaszczenia piramidy rozwarstwienia dochodowego, którą w Studium przyjmuję, a do której doprowadzają postępowe zmiany systemowe w klasowej walce. Kraje skandynawskie pozostają pouczającym tego przykładem[25].

Podejście, więc do idei podziału dochodów opieram nie na przedmiotowej sprawiedliwości społecznej, lecz na upodmiotowieniu prawa do wartości dodatkowej, która należy się pozbawionemu jej przez kapitał społeczeństwu. Tu kryje się dochód do uprawnionego uspołecznienia.  W takich okolicznościach praca przestaje być bezwzględnym instrumentem wykluczenia, rozmnażania pieniądza i kapitału.

Podążając taką drogą, rodzi się nowy jakościowy paradygmat reprodukcji społecznej. To podejście, które czerpiąc z dorobku przyświecającego idei BDP, przyjmuję jako perspektywę poznawczą opartą na wiedzy o wartości pracy i potrzebie jej uspołecznienia. Odsłaniamy tym samym niekonwencjonalne oblicze BDP, albowiem wkraczamy w obszar społecznych stosunków produkcji, aby wyeksponować emancypacyjną istotę ekonomiczną, podmiotowy charakter społeczny, jak i wolnościową siłę polityczną BDP.

Dyskusja o Bezwarunkowym Dochodzie Podstawowym pasjonuje wielu z nas. Coraz więcej ludzi uświadamia sobie, że to idea wyzwalająca człowieka od narzuconego przez kapitał przymusu najemnej pracy zarobkowej. BDP to nie łaskawe, warunkowe świadczenie pieniężne pomocowych programów socjalnych państwa, które w swoim prokapitalistycznym założeniu o prymacie kapitału nad istotą społeczną legitymizują rozwarstwienie i koncentrację dochodów spowodowane przez ustrój ekonomiczny państwa. PDB to przewyciężenie pomocowej polityki socjalnej państwa kapitału wymuszającej na wykluczonych i biednych akceptację kondycji wykluczenia  i ubóstwa. BDP to idea pozbawienia kapitału bezwzględnej mocy dyskryminacji społecznej.

Czy BDP rozbroi antagonizm pomiędzy kapitałem a pracą oraz między wzrostem a rozwojem? To przedmiot systemowej walki  o inny niż kapitalistyczny świat. Dlatego BDP wpasować się musi w kompleksowy program polityczny walki o człowieka i planetę. BDP nosi w sobie potencjał kluczowych katalizatorów społecznych tej walki w wizji i projekcji programowej walczącej o alternatywę dla ustroju kapitału. BDP stanowi zasadnicze wyzwanie polityczne. Nie ograniczamy się do walki o podwyżki płac lub płacę minimalną, kwoty wolne od podatku, większe emerytury, czy większe świadczenia socjalne. Ubiegamy się o uspołecznienie wartości pracy, która w postaci bezwarunkowego dochodu podstawowego zabezpieczy wszystkich przed życiem w wykluczeniu i ubóstwie. W tym droga do ukoronowania tej walki zwycięstwem równouprawnienia ekonomicznego i zrównoważenia społecznego.

BDP to krok w demokratycznej negacji władzy kapitału nad ludźmi. Stanie się zbędny przy ostatecznym podporządkowaniu reprodukcji materialnej życia jego wymiarowi społecznemu, w którym przejście od ekonomii pieniądza i kapitału do ekonomii pracy i zasobów jest warunkiem koniecznym dla wpasowania się w kosmiczny żywot ziemi.

BDP to nieuchronny cywilizacyjny postęp na drodze mającego miejsce wejścia w obszary postkapitalizmu. W obszary uspołecznienia kapitału. Wprowadzenie BDP to wygrana w przestrzeni politycznej, ekonomicznej i kulturowej, która podminuje ideologiczną hegemonię kapitału, by stworzyć podwaliny demokratycznej alternatywy ustrojowej.

BDP to projekt emancypacyjny w walce o demokratyzację kapitału w Europie. Każde strukturalne popchnięcie systemu kapitalistycznego na tej drodze to awans w kierunku wyzwolenia pozytywnego od homo economicus do człowieka jako istoty społecznej. To milowy krok w kierunku przetrwania i rozwoju gatunku na drodze przezwyciężenia wstecznej konstrukcji porządku kapitalistycznego.

Roberto Cobas Avivar,  “Wprowadzenie do Studium o BDP”, Warszawa, 2016 r.

……………………………….

[1]  S.F. Nowicki, „Heglowskie pojęcie społeczeństwa obywatelskiego”, Studia Filozoficzne, nr 9, 1987.

[2]  Raul Prebisch, „Capitalismo Periférico, Crisis y Transformación, Fondo de Cultura Económica, 198, México. Dla przybliżenia polskim czytelnikom idei i koncepcji rekomenduję pracę Janusza T. Hryniewicza „Teoria centrum –peryferii w epoce globalizacji; http://www.studreg.uw.edu.pl/pdf/2010_2_hryniewicz.pdf

[3]  To cała filozofia powstania teorii względności. „U Einsteina, w odróżnieniu od platonistów, poznanie nie przyjmuje ustanowionej wiedzy, jako dogmatu prawdy. Myślenie dialektyczne prowadzi u Einsteina do zauważenia paradoksu, tam gdzie doświadczenie nie dowodzi danych postulatów teoretycznych.  A paradoks to ścieżka do prawdy, do dopuszczenia, iż niemożliwość można przyjąć, jako przesłankę dochodzenia prawdy. Wyobraźnia i intuicja pobudzają krytyczne myślenie o danym problemie w sposób, w który zdobywanie wiedzy o nim nie ulega wyższym racjom” – Oscar Zelis, „Jak narodziła się teoria względności u Einsteina”, http://www.psicomundo.com/foros/investigacion/einstein.htm 

[4]  Tak, to podejście analityczne niepodważalnej teorii wartości K. Marksa. Obnażając myśl tzw. klasycznej ekonomi politycznej w swojej niemożności wytłumaczenia sprzeczności kapitalistycznego sposobu produkcji, teoria wartości stała się odkrywczym instrumentem poznawczym źródła i logiki reprodukcji kapitału, w warunkach hegemonii własności prywatnej i stosunków pracy najemnej.

[5]  W zimnej statystyce (GUS) ukrywa się fakt polityczny. Spójrzmy na tę prostą analizę. „Suma wartości dodanej w 2011 roku wyniosła 1,3 bln zł. Średnio jeden pracownik w ciągu roku wytwarza swą pracą wyroby i usługi warte 96,3 tys. zł. Całkowita suma kosztów związanych z zatrudnieniem wyniosła 551, 8 mld zł, co daje w przeliczeniu na jednego pracownika kwotę 39,7 tys. zł rocznie. W skali jednego dnia roboczego zakładając 8 godzinny wymiar dnia pracy pracownik wytwarza wartość dodaną równą kwocie 400 zł, z czego jego płaca wynosi 165 zł. Oznacza to, że pracodawca płaci tylko za pierwsze 3 godziny i 17 minut pracy, ponieważ tyle czasu zajmuje pracownikowi odrobienie kosztów związanych z jego zatrudnieniem. Pozostała część dnia pracy nie jest opłacana i stanowi źródło zysku kapitalisty” – Dawid Kański w „Kłamstwo ma krótkie nogi”, nieopublikowane badania autorskie, przeprowadzone na podstawie danych GUS.

[6]  Wartość dodatkowa to prawda obiektywna w sensie filozofii materialistycznej. Istnieje niezależnie od subiektywnego sądu o niej teoretyków klasycznej ekonomii. Gospodarka oparta na osiągnięciu zysku czyni z tej kategorii użytkową spekulację w sensie politycznym.

[7]  Z publikacji EIR Lyndona De la Rouche (Executive Intelligent Review, USA) oraz stowarzyszonego Instytutu W. Schilera.

[8]  Mckinsey Global Institute; and http://www.mckinsey.com/insights/economic_studies/debt_and_not_much_deleveraging

[9]  Ibidem: 7

[10]  To efekt „niewidzialnej ręki”, pierwotnie niby Boga w „Teoria uczuć moralnych” (1759 r.), później, entelechii rynku w dziele samego A. Smitha „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” (1776 r.).

[11]  Statystyki Strefy EURO; https://www.euro-area-statistics.org/?lg=pl 

[12] Zauważmy, że efekt „wypychania” inwestycji prywatnych przez publiczne, podnoszony przez ideologów liberalnych w krytycyzmie przeciwko keynesizmowi (interwencji państwa na rynku) tutaj się nie liczy. K. Łaski dowodzi, jak rozwinięte gospodarki Niemiec, USA raz Japonii wykazują istotną różnicę pomiędzy prywatną skłonność do oszczędzania i do inwestowania na przestrzeni 30 lat (1960-2008) ekonomicznej praktyki przedsiębiorców (zob. przyp. 25, str. 117, 120 i 123). Należy powiedzieć, iż temu zachowaniu chcącemu uchodzić za normalny porządek rzeczy przeczy chociażby przykład praktyki ekonomiczno-gospodarczej Szwecji, gdzie sprawy mają się całkiem inaczej bez uszczerbku na wysokim i zrównoważonym rozwoju gospodarczym i społecznym kraju. 

[13]  http://www.biznes-firma.pl/duze-oszczednosci-polskich-firm/19839

[14]  Zobacz informacje dotyczące funduszów spójności UE.

[15] Roberto Cobas Avivar „Kryzys na zamówienie” w Życiu Gospodarczym, http://yadda.icm.edu.pl/yadda/element/bwmeta1.element.ekon-element-000000101796  

[16]  Badania K. Marksa ustalają te proporcje. W Manifeście Komunistycznym znajduje się interesująca refleksja na temat. Podane proporcje dla Polski zgodnie z oszacowaniem na podstawie informacji MF.

[17]  K. Marks i F. Engels, „Manifest Komunistyczny” (1848 r.)

[18]  Margrit Kennedy i Susan Meeker-Lowry w „Interest and Inflation Free Money” (1995 r.) analizują nowy paradygmat względem ekonomii pieniądza. Nawiązanie do emblematycznego doświadczenia banku non-profit JAK (Szwecji) i roli lokalnych walut w gospodarce o naturze kooperatywnej.

[19]  Ibidem.

[20] Francis Fukuyama ogłasza na cały świat, iż historia dobiegła końca, kapitalizm zwyciężył na ziemi.

[21]  Udział w wartości dodanej kosztów związanych z zatrudnieniem spada z 47,2 % w 1997 roku do 41,1% w 2011 r. – GUS.

[22]  Fundacja Kaleckiego oraz informacje GUS. Warto adnotować, iż mniejszy niż Polska udział płac w PKB mają tylko Rumunia, Litwa i Słowacja). Spadający trend w Polsce przekracza światowe tendencje. 

[23]  Johann Wolfgang von Goethe – Die Wahlverwandtschaften; 1809 r.  Niemand ist mehr Sklave, als der sich für frei hält, ohne es zu sein” – . Bk. II, Ch. 5; za Hamburger Ausgabe, Bd. 6 (Romane und Novellen I), dtv Verlag, München, 1982, p. 397 (II.5).

[24]   Zakres naruszeń praw pracownika jest szeroki, ale najczęściej są to nieprawidłowości związane z nieprzestrzeganiem czasu pracy, niewypłacaniem wynagrodzeń, nieprzestrzeganiem przepisów BHP i wadliwie prowadzoną dokumentacją pracowniczą” – Łukasz Lipski, specjalista do spraw Prawa Pracy w Europejskiej Grupie Doradczej (http://gazeta-msp.pl/?id=pokaz_artykul&indeks_artykulu=1909&s=1). Generalnie można powiedzieć, że pod względem przestrzegania prawa pracy najlepiej oceniane były duże firmy zagraniczne i publiczne, następnie średnie publiczne (…), zaś po drugiej stronie spektrum znajdowali się pracodawcy prywatni z mikroprzedsiębiorstw oraz małych i średnich prywatnych firm polskich” – J. Gardawski ze Szkoły Głównej Handlowej, (za Rafała Woś, http://serwisy.gazetaprawna.pl/praca-i-kariera/artykuly/738410,pracownik-kontra-pracodawca-do-krwi-ostatniej.html) oraz „Śmieciowy rynek pracy’, Piotr Szumlewicz doradca OPZZ, w  http://lewica.pl/?id=30624&tytul=Piotr+Szumlewicz%3A+%A6mieciowy+rynek+pracy

[25] George Lakey: „Jak Szwedzi i Norwegowie  przełamali władzę 1 procenta”, http://www.lewica.pl/?id=31201&tytul=George-Lakey:-Jak-Szwedzi-i-Norwegowie-prze%B3amali-w%B3adz%EA-1-procenta

 

Advertisements